Pomeranka nr 2/64/2021
Oliver Sacks „Stale w Ruchu”

Odnoszę wrażenie, że odkrywam swoje myśli dzięki pisaniu, w trakcie pisania. Zdarza się czasami, że tekst układa się bez problemu, najczęściej jednak to, co piszę, wymaga wiele pracy redakcyjnej, gdyż tę samą myśl mogę wyrazić na wiele różnych sposobów. W połowie zdania mogą mnie nawiedzić jakieś uboczne myśli czy skojarzenia, które prowadzą do nawiasów, zdań podrzędnych, przypisów o długości akapitu. Nigdy nie używam jednego przymiotnika, jeśli szóstka innych wydaje mi się lepsza, a na dodatek mocniejsza. Intensywność rzeczywistości jest wyzwaniem, któremu staram się sprostać, uciekając się do (by użyć określenia Clifforda Geertza) „gęstego opisu”. Wszystko to pociąga za sobą problemy organizacyjne. Gubię się niekiedy w potoku myśli, które staram się wszystkie uwzględnić, a tymczasem kreatywna gorączka domaga się chłodnej głowy i trzeźwej oceny.
I napędza przyjemność pisania Witold Susko.




Spis tresci:
1-Kwitnąca jabłoń
2- w Regapie
2- wstęp
4-9- W zdrowym ciele zdrowy duch / Gmina Sierakowice
10-15- Nocowanie w lesie/ Nadleśnictwo Kolbudy
16-19- …rytm życia nowe perspektywy Gminy Puck
20-21- w Alei Szczęśliwości / Ale browar
22-25- VIVAT KRÓL /Skarszewy
26-29- Wczoraj I dziś wystawa KBS /Starogard Gdański
30-31- Chwile Jubileusz OPZ KBS RP/ Starogard Gdański
32-35- Bogu na chwałę bliźniemu na pomoc / OSP przodkowo
36-39- Most w Lęborku
40-45- Cewice
46-47- Murkam
48-53- Przywrócić urok miejsca / Nadleśnictwo Starogard
54-57- & lat minęło / Ryjewo
58-59- Wszystko co najlepsze z Borów Tucholskich
60-65- Kapliczki powiatu słupskiego / Czesława Długoszek
66-67- Kosznajder / Cz.D.
68-71- Swego nie znacie / Cz.D.
72-77- Tajemnicze dzwony z Objazdy /Cz.D.
78-80- Raiman
81- 1950-2021 prof. Jerzy Limon
82-83- Wiersze Kazimierz Nowosielski
84-85- Kobiety /malarstwo
86-87- Otwarte Drzwi /SPON Lębork
88-89- Aktor
90- Najpiękniejsza
91-w Regapie
92- Janusz Folwarczny
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 



Pomeranka nr 1/63/2021
W kaszubskim krajobrazie

Dwa małe wiejskie kościoły w Starzynie i Mechowie, zagubione w pejzażu północnych Kaszub. Przywołane zostały do publicznego istnienia promocją szlaku kulturowego na jego polskiej pętli Pomorskiego Szlaku Cysterskiego. Współcześnie włączone w ten szlak powróciły w krąg nasyconego wybitnymi zabytkami szlaku cysterskiego świata. To korzenie cystersów, od Citeaux i Clairvaux, Pontigny, Morimond, po liczne opactwa rozsiane na terenie Europy zasiliły emocje wiary na naszej pomorskiej ziemi. Od ascetycznych średniowiecznych lokacji po emanujące barokową ekstazą piękna, Bożego piękna, wielkie opactwa niemieckie, austriackie, małopolskie i wielkopolskie czy pomorskie… Ale również małe wiejskie kościółki usiane po cysterskich dobrach. Mimo swojej skromnej skali stają się odbiciem tego blasku.

„W duchu przemian i tradycji…
Kościoły cysterskie w Starzynie i Mechowie” dr Jan Paweł Dettlaff
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 



Pomeranka nr 6/62/2020
Poszliśmy z Ewą przez bramę Świętojańską nad rzekę i kupiliśmy lody. Na Targu Rybnym wysępiliśmy garść małych rybek od porywczych żon kaszubskich rybaków, które w każdej chwili gotowe były strzelić petenta flądrą w twarz. Idąc w kierunku nadbrzeżnych sklepów z bursztynem, Ewa rzucała rybki w powietrze skrzeczącym mewom. Oglądaliśmy naszyjniki, broszki i kawałki bursztynu z wtopionymi w nich pająkami i chrząszczami. W jednym z bursztynów pająk leżał obok muchy. Sącząca się żywica na zawsze połączyła ucztującego z jego daniem głównym.
Oddział nazistów maszerował dwójkami w dół wąskiego pobrzeża – z jedną ręką na klamrze od paska, drugą wymachując sztywno, stukali obcasami o kostkę brukową. (…) Spojrzałem na Ewę. Wciąż wpatrywała się w witrynę sklepową. Po chwili milczenia powiedziała: „ Wszyscy jesteśmy muchami w bursztynie, każdy tkwi we własnej bryle. (…) ”
ze wspomnień Franka Meislera
„Każdy tkwi we własnej bryle”. Teza ta w czasie pandemii stała się półprawdą.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 





Pomeranka nr 5/61/2020
Niech będzie ostatnim, który w kwestii pokoju, tak się pomylił!!!
1901 rok. Drezno. Do absolwentów Technische Hohschule uważanej wówczas za najlepszą techniczną uczelnie w Europie, przemawia rektor.
... za kilkadziesiąt lat świat będzie wyglądał zupełnie inaczej z powodu postępu technicznego. Będziemy mogli ponieść naszą wiedzę w ubogie części świata, tak jak zaczęliśmy już to robić w Europie. Dzięki temu osiągniemy równość między narodami i rasami, i dlatego to, co będziemy tworzyć, to nie tylko projekt dla ludzi z suwakiem logarytmicznym zamiast duszy, czy też kwestia praw fizyki albo innych nauk przyrodniczych. To, co będziemy tworzyć, to również w znacznym stopniu projekt humanistyczny. Przełomowe przemiany techniczne, których doświadczy świat w tym dwudziestym stuleciu, to pod pewnym względem większe błogosławieństwo dla ludzkości niż cokolwiek innego. Nie będzie już można posługiwać się wojną jako metodą rozwiązywania problemów politycznych. W świecie tak zaawansowanym technicznie jak ten, w którego tworzeniu od dziś i przez resztę waszego życia zawodowego będziecie uczestniczyć, odeślemy wojnę na śmietnik historii. Wojny są prymitywne, dlatego też zaawansowana technologicznie wojna jest sprzecznością samą w sobie. I taki właśnie świat pójdziecie teraz kreślić, budować i konstruować. Jako inżynier życzę wam z całego serca szczęścia.
Jan Guillou - Bracia z Vestland
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 4/60/2020
Miasto

Molo, plaża, kamienice i kamieniczki w Sopocie- przed nimi płoty i zieleń drzew przycinają pełnię obrazu, tworząc nowy, który w zachwycie kontemplujesz po powrocie do domu i pamięć dokłada czarno-biały film przeżyć dzieciństwa, kiedy z matką bywałeś w tych samych miejscach. Czytasz w „Przerwie na życie” Fleszarowej- Muskat –„ Samochód jechał wąskimi ulicami Sopotu. Stary człowiek zapalał właśnie gazową latarnię, potem wsiadł na rower i jechał do następnej, która stała opodal jeszcze ciemna, czekająca w mroku na swoją kolej. Wyminęli go. Samochód zatrzymał się przed domem wśród drzew, cofniętym nieco od drogi.”

Tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty piąty wieczór i jak w tamtej powieści stary człowiek w długiej wojskowej pelerynie zsiadł z roweru, by zapalać gazowe lampy na rogu ulic Stalina i Reja. Właśnie przejechał czerwony tramwaj, obsypując iskrami zmrok miasta, szykującego się do snu. Ten człowiek w długiej wojskowej pelerynie i tramwaj czekający tuż obok na powrót do Oliwy, to tkliwy, jeden z wielu obrazów dzieciństwa wiążących dobre myśli z tym miastem.

Lata 70-te. Z kolegami polowałeś na gdańskie piwo, wtedy oczywiście nieoczywiste- do Algi, w dół Monciakiem i z powrotem pod Operę do „Parkowej”. Było gorąco i pot spływał z czół, bo tu piwo już wyszło, a tam jeszcze nie dowieźli. Tuż przy dworcu był bar „Karmazyn” i do lady zawsze długa kolejka. Po godzinnym staniu w palącym słońcu, gdański „full light” smakował wybornie. Przy Monciaku było kino „Polonia”, nad nim „Teatralna Scena Kameralna”, wyżej ulicy kino „Bałtyk”. W erze spodni dzwonów, płaszczy ortalionowych i butów z dużą klamrą, w Operze Leśnej śpiewał Czesiu Niemen, a gdy skm-ka stanęła na Wyścigach, Krzysiu Klenczon na scenie Non- Stopu pierwszy raz wykonał „Dziesięć w skali Buforta”.

Trzy miesiące temu- przez kuchenne okno i ściany, korytarzem w zawsze uchylone drzwi pokoju, wniknęło poranne słońce i kryształy dzwonów kościoła rozpyliły złoto- miodowe spiżowe dźwięki w puste ulice, pusty park i na piękne kamienice.

Dwutysięczny dwudziesty lipiec, komunikaty w mediach przerażają. Krążysz ulicami, chcąc zaparkować, nigdzie wolnego miejsca, auta z obcą rejestracją korkują miasto, już inne, choć piękne jak zawsze.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 3/59/2020
Kuzyn

Myślę o tobie często kuzynie. Noc we Wrzeszczu. Zabytkowa willa na Sobótki. Obok mnie żona, przy tobie ona. Mocno ją kochałeś. Stoimy przed drzwiami, które otwiera wysoki i bardzo przystojny brodacz. Bimber opalizował w kryształowych kieliszkach, a kryształowe żyrandole rozżarzyły hol. Dębowymi, krętymi schodami tłum spłynął do balowej sali. Orkiestra grała, a w nas bimber i radość, mimo, że za oknem ciemna noc stanu wojennego. Polak Polakom tę noc zafundował.
Siedziałeś potem na schodach zrozpaczony. –Nie płacz Leszku! Popatrz, ile tu pięknych pań, poderwij jakaś i baw się dalej… Ale nie! Obserwowałeś ją, wtopioną w ramiona brodacza ze smutkiem i zazdrością.
-Leszku, ona ciebie teraz nie jest warta, zdzira, cholerna wywłoka! Ta zabawa sylwestrowa miała rozerwać rozpacz stanu wojennego. Baw się… ale ty się nie bawisz i widać jak cierpisz.
Blady świt pełznie po ścianach, po plątaninie krzeseł, rozświetla, zdawałoby się, jej zdradę teraz kryjącą się, w jej uciekających przed twoim spojrzeniem, oczach.
Ona była do tej nocy twoja jedyna. Teraz jest bolesnym, krótkim wspomnieniem.
Wychodzimy na ulicę i odprowadzam cię do domu. Nic nie mówimy, bo o czym tu mówić. Drzwi mieszkania zatrzaskujesz za sobą i wychodzisz na balkon.
Lekarz pogotowia ratunkowego nie był w stanie stwierdzić, czy najpierw dopadł cię udar mózgu, czy zawał. Za mocno kochałeś.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 8/58/2020
Żołnierz

Wystarczyło przejść na drugą stronę Polanek, potem stromo pnąca ścieżka, prowadziła wprost do lasu, na skraju którego była jednostka wojskowa.

Tu, płot i wartownicy pilnowali we dnie i w noce sprzętu. Kamazy i Krazy, polowe garkuchnie i przyczepy . Jakiś czołg czasem, błękitem spalin pozdrowił las i ulicę.

Słońce wtedy potrafiło przygrzać mocno, więc z siostrą latem wędrowaliśmy , na leśną, upatrzoną polanę. Była na stromym zboczu, u którego podnóża wielokroć pojawiał się rogacz i znikał, by po latach wracać do mojej pamięci.

Mróz wtedy potrafił mocno dać się we znaki.

Ale dla dzieci był przyjacielem, bo powodował zamykanie szkół- takie dodatkowe ferie - czas na las i na takie sceny; zjeżdżamy sankami, giętymi i drewnianymi pędem do podnóża, ze śmiechem i okrzykami. Pierwsza mulda rozpoczyna, ostatnia kończy proces gwałtownego demontażu naszych pięknych sanek i siedzimy obolałymi tyłeczkami wprost na śniegu. Ból ustępuje i wracamy z drewnianymi fragmentami pod pachą i z nadzieją, że ojciec dokona na nich cudu. Wychodzimy z lasu. Stojący na warcie żołnierz szczerze się uśmiecha, choć mróz kąsa mocno i brakuje mu papierosów, a jutro wigilia i rodzina daleko.

Wokół leśny, zimowy krajobraz i na wprost ten płot. Żołnierz wręcza siostrze kilka banknotów. Nastała wigilia.

Na dole Derdowskiego, w sklepie monopolowym, który do dziś tu jest, my dzieciaki za tych kilka banknotów, kupujemy pół litra wódki i wagon „sportów” (w tamtych dobrych latach sześćdziesiątych każdy ekspedient wiedział, że dzieci kupują te używki wyłącznie dla dorosłych).

Po kolacji wigilijnej, po „wśród nocnej ciszy”, po „lulajże Jezuniu” i po „w żłobie leży, któż pobieży”, z siostrą ukradkiem w ciemną noc pobieżyliśmy z darami- z papierosami i wódką dla naszego żołnierza.
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 7/57/2020
Czym jest proza ? A poezja? Proza poetycka i poezja prozaiczna? To niewątpliwie przyjemność z pisania i z czytania i z mówienia i słuchania. Z wzajemności wrażeń, czyniących nas lepszymi. Ze stąpania po miejscach wydawało się, że znanych, a przecież ktoś nam, albo my komuś pokazujemy ich nowe piękno.
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 6/56/2019
Przynajmniej raz w życiu bądź Sowizdrzałem

Ołowianka. Na widowni komplet. Waldek Malicki przy klawiszach Stradivariusa.
Blachy, trąbki, puzony i bębny. W tym nietypowym składzie: „Amerykanin w Paryżu” i „Błękitna Rapsodia” – wspaniała muzyka i wykonanie.
Z Darkiem, prezesem znaczącej na Pomorzu instytucji, wychodzimy przed gmach Opery.
Gładka powierzchnia Motławy mieni się niczym rybia łuska.
Czoła nasze jasne i psyche pobudzona cudownymi, sprzed chwili dźwiękami.
Lekkim krokiem przenikamy Zieloną Bramę, Długi Targ i na Długiej lądujemy pod knajpianym parasolem, a na stole pod pianką świetli się piwo.
Jedno, po nim drugie i trzecie.
Ech, świat jest cudem!
A w nas nuty Gershwina musują i piwo musuje też.
Humor dopisuje. Z boku żebrzy obdarty i zarośnięty 40-latek. Poznaj biedaku gest gdańskich panów. Dajemy mu po 10 złotych. Hola, czekaj przy wejściu.
Kończymy, wprawnie wycieramy kąciki ust z piwnej pianki i wychodząc, serwujemy biedakowi jeszcze po 20 złotych. Uśmiech szczęścia na jego twarzy. Poznał gest gdańskich panów.
Taxi i kurs do El Paso. Wtedy ten cudowny lokal prowadziła sąsiadka z Oliwy.
I znów stolik i jedna i druga i trzecia tequila, limonki i sól.
Ech, świat jest przepiękny!
A w nas nuty Gershwina musują i tequila musuje też.
Nasi dziadowie i ojcowie walczyli o taką Polskę, jaką mamy. A my cóż... Z dłonią w dłoni ojca czy matki do szkoły, potem liceum, matura, studia, praca, awanse. Kierat dnia. Z czasem taki sam czas nanizany na czas.
Oni walczyli o taką Polskę jaką mamy teraz. Ryzykowali życiem. Cóż, my też zaryzykowaliśmy i pod pazuchą wynieśliśmy dwie potężne, lokalowe rolki papieru toaletowego.
To był poryw naszych serc. Manewr potrzebny i konieczny. Bo jutro znów kierat dnia.
Darek – prezes – garnitur- krawat- ja.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 5/55/2019
Rozczarowanie.

To był słoneczny czerwcowy poranek. Jadę rowerową ścieżką wzdłuż alei obok sopockiej plaży. Ludzi mrowie i co rusz ktoś przed koło mi wchodzi. Napinam uwagę, bo naprawdę nie jest bezpiecznie. Jadę, a przede mną ciekawa para. Ona w krwiście czerwonej sukience, mocno kontrastującej z jasnym blondem włosów. Obok jej partner. Nie mogę o nim więcej powiedzieć , gdyż wzrok mam skierowany na nią. Zauważam tylko, że obok niej jedzie. Z faktu, że obok, wynika ryzyko. Bo jadą nie śpiesznie i co rusz z tyłu jakiś rowerzysta podjeżdża i dzwoni dzwonkiem, bądź głosem prosi o wolną drogę. Słysząc to, pani zjeżdża na prawo przed swego partnera, by po chwili wrócić na miejsce. I tak dojeżdżamy do placu przed molem, gdzie znak pionowy nakazuje zejść z siodełka. Teraz Idę za nimi, coraz bardziej zauroczony jej urokiem. Boże, szkoda, że nie widzę jej twarzy, bo musi być bardzo piękna. Ale powabny jej krok, wiotkość kibici i tajemna aura z niej emanująca sprawiają, że jestem bardzo szczęśliwy. Za chwilę znowu na ścieżce oni, ja i inni rowerzyści proszą panią o wolną drogę. Pani czyni to jak uprzednio z wdziękiem, jestem już niemal zakochany. Mijamy Jelitkowo, w którym prosta droga lekko się zagina. Wszędzie ludzie z plażowym sprzętem pod pachą, w parach i rodzinnie i przy stolikach pod parasolami. Bardzo chcę ujrzeć jej na pewno piękną twarz. Przyspieszam i dzwonkiem proszę o wolną drogę. Pani natychmiast reaguje, zajeżdżając drogę partnerowi. Kątem oka widzę jak on gwałtownie hamuje, by po chwili znaleźć się w poślizgu i widzę jego nogi nad jego głową, słyszę łoskot i zgrzyt brutalnie zwartych rowerów i słyszę kotku co robisz-to on i o kurwa-to ona. Nie oglądam się, jadę dalej załamany, jednym słowem, rozczarowany i odkochany.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 4/54/2019
Kalendarze

13 sierpnia 2019 roku. Fatum 13-tki. W mediach złe wiadomości. W stacjach TV pozorne debaty. Wyrwałem, już kilkudziesięciotysięczną kartę życia z kalendarza i położyłem na biurku.

Kiedy kart było niewiele, w sali gimnastycznej (tej w Oliwie, pod czerwonymi kasztanami) dziecięce głosy obijały wysoki sufit i ściany z gimnastycznymi drabinkami. Wuefista wszczepiał w nas miłość prawdziwą do piłki ręcznej i do łucznictwa. Sporadycznie była też gimnastyka-wspinanie się po grubych, konopnych linach, zwisy i biegi przez płotki. Ale i tak notorycznie wracały łuki i piłka. Do sali prowadził korytarz, po którego obu stronach były szatnie. Chłopców po prawej, a dziewcząt po lewej. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku drabinki gimnastyczne zniknęły pod kolorowym pejzażem Gdańska- na brystolu. Kilka popołudni wcześniej malowałem, tworząc scenerię zakończenia edukacji w kochanej szkole. Była uroczysta akademia i zabawa przy muzyce. Grało niebieskie bambino i sztumska, czerwona i żółta, sławna oranżada landrynkowym smakiem, zwalczała smak petit-berów. Wróciłem do domu, ojciec w kuchni obejrzał świadectwo i był dumny.

Już tyle kalendarzy.

Zasnąłem i miałem sen, szczęśliwy unosiłem się nad miastem. Lekki wiatr chłodził moje pióra, w dole wiła się ulica, którą kiedyś biegłem do sklepu, na ryneczek, czy do szkoły. Czerwone dachy błyszczą w księżycu mokro, lecę i modlę się o życie szczęśliwe, lecę nad oliwską katedrą i świętym Jakubem, potem nad lasem. Jestem zmęczony. Wracam i kołuję nad rodzinnym domem. Zbudził mnie deszcz, walił w parapety mocno.

Podszedł do okna, stał patrząc na inną ulicę. Stary człowiek potargany przez życie, zmęczony.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 3/53/2019
Pamiętam

Schyłek lat sześćdziesiątych. Była w Oliwie baba-chłop. Krótkie zmierzwione włosy, buzia ładna choć nieco spierzchnięta, sylwetka zgrabna choć krępa. Miała-miał dłonie szerokie, szorstkie i brudne paznokcie. W sklepie na rogu Derdowskiego i Wita Stwosza szumnie zwanym Delikatesami kupujemy drewnianą skrzynkę wypełnioną małpkami z piwem.

Jest lato, słońca cienie układają się nam pod stopami, skrzynka ciąży, więc zmieniamy przy niej dłonie. Kierunek – las. Ulica pnie się do góry, przekraczamy ulicę Polanki i brniemy w wiecznie brązowych i suchych liściach przedleśnego tunelu. Wreszcie polana. Delikatny rzut ciał i skrzynki o trawę. Mieliśmy wtedy po 16 – 18 lat i życie piękne przed sobą. Uśmiechał się wsparty na łokciu Janusz z naprzeciwka i Jacek spoglądałł szczerze. Pamiętam zapach i smak ciepłego gdańskiego piwa w suchych ustach i na zdrewniałym języku – przez gardło, w ciało, w umysł, w zieleń trawy i szum liści, w świergot ptaków. Pamiętam chropawy głos jej-jego opowiadający z knajp i ciemnych zaułków, dramaty życia i jej-jego zachwyt z takiego leśnego picia.

Powrotna droga, negatyw tej sprzed kilku godzin. Ale cieni słońca brakuje pod stopami. Krok nasz niepewny, ale pewność w nas pięknego jutra. Co znaczy ten niepewny krok, kiedy wiemy co mamy robić, aby świat stał się dużo lepszy. A teraz to wie nawet on-ona. Wracamy nagrzani słońcem i………….. i wzruszeni, że w krótkim czasie tak wiele zrozumieliśmy i postanowiliśmy.

Cementowała się nasza młodzieńcza przyjaźń.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 2/52/2019
Wiosna

Gołębie brudzą parapet i liście brzozy migocą na ścianie. Obok na poduszce ciemna, kochana główka. Uśmiech i gest miłości.
Zima minęła. Stoję na łące, wciągam zapach zerwanej stokrotki.
Idę wzdłuż oliwskiego stawu mostkiem przy Młynie, Starym Rynkiem Oliwskim i Jacka Rybińskiego... i teraz siedzę na zewnątrz Kafe Delfin, a bursztyn popołudniowego słońca wpadł mi do kufla. Widzę wokół ludzi, ich uśmiechy i gesty przyjaźni.
Był bodajże tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty czwarty rok i ojciec Andrzeja przywiózł z morza płyty. Podhalańska. Stara kamienica przy lesie. Gramofon na podłodze, obok kanister z gdańskim „Full Light”, wokół na postawionych na sztorc drewnianych skrzynkach siadaliśmy. Atmosferę pokoju na poddaszu rozgrzewał chrapliwy głos Janis Joplin i rzeźbiła gitara Santany. To „Perła” i „Karawanseraj” kręciły się na czarnych płytach. I było tak co wieczór: „Procol Harum”, „De Doors”, „The Rolling Stones” i inni – kształtowali nasz gust. I pozostał taki do dziś.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 1/51/2019
Człowiek

Przez rok mieszkałem w centrum Wrzeszcza, mając za ścianą pocztę. Wysłać polecony, czy odebrać- wystarczyło w papciach przejść kilka metrów. Za oknami, nawet w nocy, szum samochodów, jazgot karetek i łoskot motocyklowych silników- to była ciemna strona tego miejsca , a spacer po ulicach nie był relaksem, lecz koniecznością . Obok w kawiarni Alegoria przy synagodze, u zbiegu Partyzantów i Grunwaldzkiej Włodek organizował koncerty muzyczne, niestety z braku miejsca przy nielicznej widowni. To było takie małe centrum muzyczne Wrzeszcza.

Tuż przy dworcu kolejowym stoi długi szary budynek. Na jednym jego rogu jest sklep rowerowy. Trochę dalej, w zakrytym ponurymi, ciemno brązowymi roletami lokalu, działalność prowadziło jedno z pomorskich stowarzyszeń wyższej użyteczności. Stowarzyszenie zmieniało siedzibę, Włodek dusił się na Partyzantów, więc zawarłem z nim pakt, którego głównym celem stało się przejęcie tego miejsca, a następnie prowadzenie w nim blues klubu. Marzeniem naszym miał to być klub wiodący na rynku gdańskim. Wtedy w magistracie wiceprezydentem, któremu podlegały te sprawy był Jacek Lisicki i pierwszą myślą było zacząć od niego.

Gabinet wiceprezydenta. Włodek w sztywnym jasnym garniturze, poważny powagą właściwą temu miejscu. Ja na luzie. Lisicki, na którym wielu wieszało wówczas przysłowiowe psy, choćby z powodu znacznego podniesienia czynszów w mieszkaniach komunalnych, zaskoczył nas mocno pozytywnie- zaopiniował projekt i zadeklarował wsparcie. Nawet czynsz zaproponował niski. I zaczęło się oczekiwanie na pismo z magistratu. Minął miesiąc i nic, drugi i trzeci i nic. Wykonaliśmy kilka telefonów i uprzejma sekretarka umówiła nas na spotkanie z prezydentem Adamowiczem.

Ranek, sekretariat. Włodek jak zwykle poważny i sztywny w swoim jasnym garniturze. Ja na luzie i chyba trochę nie pasuję do tego miejsca Za chwilę wchodzi prezydent, zły, że taką drobną sprawą się teraz musi zająć. Oczywiście my go rozumiemy współczujemy, gdy wzywa personel i pyta dlaczego sprawa się przeciąga. Słyszymy tłumaczenia i deklaracje przyspieszenia sprawy. Z promieniami porannego słońca spływa w nas nadzieja, a po chwili pewność powodzenia. Wychodzimy z gabinetu zadowoleni, na pożegnanie czując szczery, przyjazny uścisk dłoni prezydenta.

Mija kilka dni i dostajemy przydział na upragniony lokal.

Dwa dni potem u mnie, na kawie. Snujemy plany. Wymagają one dopieszczenia szczegółów , więc szczegóły te pieścimy, to właściwe słowo, bo jesteśmy w euforii .

Z tramwaju mamy kilka kroków i stoimy przed przyszłym blues klubem. Czarno-brązowe drzwi i po bokach czarno-brązowe rolety. Obrót na pięcie ukazuje szeroką panoramę przydworcowego Wrzeszcza i uświadamia potężny potencjał tego miejsca. Radość w nas kipi, kiedy ludzie z odchodzącego stowarzyszenia oprowadzają nas po pomieszczeniach. I wkrada się obawa, skąd na remont weźmiemy pieniądze.

Moją wadą jest, że dużo mówię i mocno się zapalam do wyzwań. Zaletą Włodka jest upór i konsekwencja działania. Choć mimo moich wad, w życiu trudne tematy udawało mi się załatwić. Czy się teraz usprawiedliwiam, nie wiem do końca, ale różnica zdań na osiągnięcie celu, czyli uruchomienie blues klubu podzieliła nas i niepisany pakt diabli wzięli. Włodek został sam. Dalej organizował rozmaite imprezy i rozwijał swoją fundację. Nawet otrzymał poważną nagrodę z Miasta, w postaci dofinansowania działalności. Wielu mówiło to co ja myślałem i nadal myślę, że na polu kultury był to wielki gracz. Z zewsząd szły informacje o pracach związanych z remontem klubu.

I zapadła cisza. Po dwóch latach zadzwoniłem do Włodka, ciekaw jego zdrowia i stanu klubu, no i w ogóle. Wycofał się z działalności z powodu poważnej choroby żony, przekazując pałeczkę komuś innemu. Kilka razy przeszedłem obok dworca. Rolety opuszczone zaświadczały, że tam się nic nie dzieje. Ale jest slogan znany wszystkim, że w życiu nie zawsze się udaje i drugi, że mimo to trzeba próbować nieustannie. Teraz nie wyszło, wyjdzie innym razem, ale poznałem i zapamiętałem człowieka, który wtedy nadał bieg naszej sprawie.

Minionej nocy miałem sen nie sen, w którym szczęśliwy unosiłem się nad miastem. Lekki wiatr chłodził moje pióra, a w dole wiły się ulice i kiedy światła świątecznych iluminacji odbijały się w czerwieni dachów, zło zabiło człowieka, którego poznałem i zapamiętałem.

Zbudziłem się i podszedłem do okna. Za nim Gdańsk taki jak zawsze?
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 6/50/2018
Wywiad z Bogiem

Wczoraj poznałem Andrzeja Fala. Prowadzi w Gdańsku InvestFal- Biuro Nieruchomości i pisze wiersze proste dla mózgu i serca, trącające przyjaźnie intelekt i uczucia wielu osób, wrażliwych na melodie słów niosących przesłanie wiary i miłości- osób wrażliwych, pokornych i świadomych, że tu i teraz to jeno krótka chwila, którą pełniej zrozumiemy tylko z tymi wartościami i tylko wtedy, gdy całkowicie się im oddamy bez reszty.
Wczoraj poznałem, a dzisiaj siedzę przy swoim ulubionym biurku i myślę, że mam szczęście spotykać fajnych ludzi i przez to, co rusz uczestniczyć w niezapomnianych wydarzeniach. Bo z racji wieku niemal starczego coraz częściej rozpamiętuję wiarę i miłość, a raczej niepełnię wiary i miłości i tego skutki dla naszego życia. Ta niepełnia w nas i w naszych bliskich, skutkuje złymi relacjami z otoczeniem. I dzieje się tak w rodzinach, w małych i dużych ojczyznach i w świecie całym. Każda wiara jest tożsama z miłością i bez niej nie istnieje. Bez pełnej miłości jest jak jest, jest byle jak.
Kościołów jest w Gdańsku wiele i na dobrą sprawę do jakiegoś zawsze mamy blisko. Ale coraz częściej bywamy w którymś tylko rutynowo, z okazji niedzieli bądź świąt. Wtedy za plecami organy przyjemnie brzmią, z ambony ksiądz i perły dzwonków mszalnych przyjemnie usypiają, dołączamy swój głos do głosów wokół w religijnym śpiewie, potem wracamy do swoich zajęć- do pracy, nauki i rodziny i, Boże życie tak szybko mija.
Poznałem Andrzeja Fala i czytam jego „Wywiad z Bogiem”. I nie bardzo wiem jak ustawić swoje myśli. Bo wrażliwy jestem na melodię słów niosących złote myśli. Złotych, bo dodają mi sił do przeżycia następnych dni i wzruszają, wtedy czuję się szczęśliwy. U Andrzeja Fala je znajduję, ale znajduję też swoją obawę, czy Autor nie zgrzeszył nad śmiałością i arogancją, ważąc się na rozmowę z Nim podczas „Wigilijnej Rozmowy”. Ale inne części tomiku już nie budzą we mnie rozterki, jest w nich tylko i aż, melodia słów i są złote myśli.
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -




Pomeranka nr 5/49/2018
Wróciłem

Dwutysięczna szósta zima. Coranna rutyna. Uchylona kołdra i chłód szczypie ciało. Truchtem do łazienki. W lustrze twarz. To moja, snem opuchnięta twarz. Mimo powolnego i starannego golenia ślad krwi na ręczniku. Potem kawa i jeszcze jedna.

Coś na ząb, ale tylko pod tabletki. Wychodzę przed dom i patrzę na zaśnieżone auto. Krótka rozgrzewka ze szczotką w dłoni. Ostrożnie i pomału wjeżdżam w Grunwaldzką i za chwilę stacja Orlenu. Dystrybutor gazu, obok zaspany pracownik i obaj patrzymy na migocące cyfry litrów i złotówek. Zwykle żartuję i rozbawiam, ale teraz ciemne chmury i zacina śnieg. W środku na półkach kolorowe opakowania i ostre światło bije w oczy. Płacę i wychodzę. Ostrożnie i pomału jeszcze w mroku dojeżdżam do obwodnicy. W Mirotkach skręcam na Osiek. Miły głos GPS prowadzi w leśną drogę, a z obu stron wysokie zaspy. Boże, żeby, choć trochę słońca! Cóż, GPS też zawodzi: „Zawróć, jeśli możesz”.

Stary człowiek po kolana w śniegu: „Halo, dojadę tędy do Osieka”? „Nie! Cholera...”. Wracam na wstecznym, ze dwa kilometry. Potem spotkanie w Gminie. Rozmowa przy kawie, uśmiechy i deklaracje współpracy.

Jestem po pierwszym służbowym spotkaniu. Jadę na drugie. Droga w lesie się rozdwaja.
W lewo czy prawo? GPS każe wracać. Bez sensu! Studiuję mapę. W lewo pojadę. Osieczna. Rozmowa przy kawie, uśmiechy i deklaracje współpracy.

Piękne te okolice spod śniegu szczerzą kły poślizgu, a potem w swoje ramiona już o zmroku biorą mnie: Spacerowa, Stary Rynek Oliwski, Polanki i Derdowskiego.

Wróciłem. Kolumb też wrócił. Czuję się mały, straszliwie mały...
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -




Pomeranka nr 4/48/2018
Z Mirkiem współpracuję już pięć lat. Zwą go Hiszpan.

Za młodu wmieszał się w muzykę i dalej gra na perkusji. Świecił coraz pełniejszym blaskiem, nawet w kolorowym zachodnim świecie, mając wiatr PAGARTU na plecach.

Poznawał żywe języki; angielski, francuski, niemiecki i przez lata nabierał manier światowca. Tylko styl gry zachował ten sam – nie najlepszy.

Teraz Hiszpan inspiruje w Gdańsku wydarzenia muzyczne. Dalej bębni, zakłada kapele, nagrywa płyty.

Pod jego nosem rysa wąsów i stalowa ich kępka pod dolną wargą.

Czujne, krytyczne oczy i wieczny daszek bejsbolówki ocienia jego czoło nawet tu – w cukierni Sowy na gdańskim Przymorzu, kiedy tak tu sobie siedzimy. I gawędzimy, wiadomo, o czym. O nocnych graniach na Batorym i na promach do Skandynawii. Ze łzą w oku wspomniał wieczną dziurę w nabrzeżu bazy promowej. Bagażnik auta, którym wielekroć wracał zza żelaznej kurtyny, pełen alkoholi zakupionych w sklepie wolnocłowym – dziurę tę pozdrawiał radosnymi dzwonami.

Branża ukształtowała nie tyle jego charakter, co zachowania. Z czasem mózg jego rozpoczął pracę wysoce krytyczną. Bydlę do kwadratu – tak o nim mówiono i mówią, bo był i jest szorstki i straszliwie złośliwy wobec osób i sytuacji.

Siedzimy i pijemy kawę w cukierni Sowy na gdańskim Przymorzu, a na stoliku talerzyk z ciastkiem dla jego żony, która właśnie robi zakupy.

Miała być za chwilę... jak zawsze jest po godzinie. Podsuwa jej ciastko ze słowem „kochanie”, a czułość rozjaśniła mu twarz i wprawiła mnie w zakłopotanie.

Bo nikt nie ma dostępu do jego wnętrza, które teraz ujrzałem i wiem, że może nie będzie mi dane zajrzeć tam jeszcze raz.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -




Pomeranka nr 3/47/2018
Wstąpiłem wczoraj do Domu Zarazy.
To jeden z najstarszych budynków w Gdańsku, z charakterystycznym zegarem słonecznym na murze.
Była tam jak zawsze rozgrzewająca te mury, Danusia- szefowa Stowarzyszenia „Stara Oliwa”.
Dzięki niej słychać tu słowa wieszczów i rozbrzmiewa muzyka.
Miała cos do załatwienia na Krzywoustego, poprosiła o podwózkę.
Jedziemy w lewo, w Stary Rynek Oliwski.
Światła.
Jacka Rybińskiego.
Światła.
W lewo, w Grunwaldzką. Prawy pas, bo skręcamy w Piastowską.
KOREK.
Stres otulił to miejsce i nadął agresję kierowców.
Ford Focus na awaryjnych, za kierownicą młoda blondynka.
Kierowcy trąbią, szarpią auta objeżdżając Focusa.
Włączam awaryjne, wysiadam i próbuję pomóc, spychając na pobocze.
Klaksonami karcili blondynkę. Teraz karcą i mnie.
Ryk klaksonów. Nie dam rady.
Leniwym wzrokiem ogląda moje zmagania pasażer Fiata Punto.
Z czarnego BMW wystaje środkowy palec w wiadomym geście.
Jestem zły. Zły to mało, jestem wściekły.
Chciałem pomóc, nie wyszło. Dlaczego?
Przecież stałem na pasie w dobrym kierunku: Sopot, Gdynia, Kołobrzeg, Szczecin, Berlin, Paryż, Madryt. EUROPA.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 2/46/2018
W latach 50-tych ubiegłego wieku w Sopocie, główną ulicą nieczęsto przejechało jakieś auto, ale deptak jak dzisiaj prowadził w dół, prosto na molo i w zatokę skrzącą w słońcu. Wtedy dziecko, oparty o barierkę mola, patrzałem na tysiące plażowiczów smażących się na piasku. Gwar, zapach morskiej wody i inne wakacyjne zapachy nie minęły, one są tu nadal i nadal miejsca te, z kraju i szerokiego świata odwiedzają tłumy.

W latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku rozbijałem namiot nad brzegiem jeziora, potem wędkowałem i wieczorami przy ognisku, popijając gdańskim piwem złowioną rybkę, zachwycałem się purpurą zachodzącego słońca i ciszą wokół, którą co chwilę podkreślał krzyk żurawi, klekot kroczącego dostojnie w szuwarach bociana i inne tożsame dźwięki. I teraz jest tak samo, żurawie jak wtedy krzyczą, a bocian przed chwilą majestatycznie spłynął z nieba na przyjeziorną łączkę. I jest inaczej, bo nie z namiotu wyszedłem jak przed laty, lecz z kilkugwiazdkowego hotelu, jakich teraz jest tu wiele.

Jako mały chłopiec byłem na zamku w Malborku. Przewodnik prezentował jego historię i wszyscy byli pod wrażeniem majestatu twierdzy. Minęły lata i z przyjaciółmi ze Szwecji byłem tam ponownie. Przewodnik oprowadzał, ogrom budowli imponował i Szwedzi byli pod wrażeniem.

Tysiące wycieczek krajowych i z zagranicy co roku tu są, bo takich zabytków jak malborska twierdza jest niewiele, bo Gdańsk jest w pobliżu ze swoimi i wokół piękno pomorskiej ziemi. A pośród jej lasów, jezior i rzek, które każdemu dadzą możność maksymalnego relaksu są perły- miasta i wsie z bogactwem rozmaitych imprez kulturalnych, wystaw, galerii i koncertów. I wszędzie hotele i restauracje, gdzie podają regionalne potrawy, coraz bardziej sławne w szerokim świecie.

Kiedyś w te zacne miejsca prowadziły kręte i wyboiste, byle jakie drogi. Teraz Pomorze pokryła siatka nowych, szybkich, asfaltowych dojazdów niemal wszędzie. Stare są naprawiane, choćby po to, aby coraz wygodniejszy turysta mógł jak najbliżej dojechać do swojego ulubionego wędkowiska, bądź zaszyć się w swojej ulubionej zieleni.

Statystyki mówią, że dzisiaj mieszkańcy Pomorza są zadowoleni z życia tu i mówią, że co roku gości tu coraz więcej turystów i wczasowiczów. W tym roku będzie jeszcze więcej.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 

Pomeranka nr 1/45/2018
Dwutysięczny trzynasty grudzień, trzynasty. Z Leonardem byliśmy wczoraj w Gdańsku.

Europejskie Centrum Solidarności zorganizowało koncert, gdańska telewizja nagrywała.

Koncert „ Wasz Kaczmarski Autoportret artysty. Pamięci ofiar 1970 i 1981”. Był tłum bardzo ważnych i mniej, gości. Była scena z telebimem i były dwie ruchome sceny.

Lubię dobrą muzykę i lubię się wzruszyć słowami. Do tego wystarczą mi uszy. Wczoraj zabrałem z sobą oczy. Feeria barw na telebimie i wokół, przepych miejsca. Podgolone, wyczubione głowy i kolorowe, obszyte cekinami, obcisłe sylwetki wykonawców, smukłe ciała tancerek zwisających na szarfach, wojenne barwy nagich torsów tancerzy.

Dźwięk, ruch, światło.

Ruchoma scena z Myslowitzem padła bokiem i och, co za ulga, przysłoniła telebim z czarnymi krukami. Był pop, rock, trochę bluesa. W sumie fajna muzyka.

Lubię Kasię Kowalczyk, Myslowitza i Maleńczuka lubię kiedy śpiewa, nie kiedy macha szalem z rosyjskim napisem „Ukraina”. Rozejrzałem się wokół i nadstawiłem ucha.

Może Cię dojrzę w tym bardzo ważnym gronie Jacku i usłyszę Twoje posłanie.

Obok przeszli młodzi ludzie niosąc zapalone znicze w dłoniach na pamięć ofiar.

Wróciłem do domu.

Zapaliłem świece z Rossmana, na gramofon założyłem czarną płytę.

Na płycie On się kręcił w obtłuczonym na głowie stoczniowym kasku, w granatowej kufajce. W półmroku słuchałem jego gitary i jego słów o wolności i nadziei.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 

Pomeranka nr 5/44/2017
Żal.

Było takie miejsce – Chwaszczyńska Giełda Samochodowa. Pamiętam uniesienie atmosferą słońca, kurzu, zapachami benzyny i gumy, grillowanej kiełbasy i gwarem setek rozmów przy kupowanych i sprzedawanych autach. To był maj, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty, kiedy znalazłem się tam, aby pomarzyć i odetchnąć powietrzem skażonym namiętnościami i tym bardziej poczuć w sobie modlitwę niedzielnego spokoju. Stał Volkswagen Golf. Wersja specjalna, herb Fire and Ice na tylnych słupkach, na kapsułkach wokół i na oparciach siedzeń. Motor 90-konny, zawsze posłuszny. Był bakłażanowy, a alufelgi odbijały świat z dookoła. Bogielek, kolega z podstawówki, go sprzedawał, bo pilnie potrzebował gotówki. Pełzające we mnie przez lata marzenie o takim aucie rozwiało mój niedzielny spokój. Bogielek, już całkiem bezsensownie mówił o jego zaletach, a ja patrzałem, kiedy on stał i cały świecił w słońcu po antenkę na dachu. Oddaliłem się w pospiechu i wróciłem. I odtąd woził mnie po ulicach Gdańska i drogach Polski. Łechtał moją próżność zawistnymi spojrzeniami przechodniów, sycił poczucie bezpieczeństwa niezawodnością i prostotą, rozpalał triumf zwycięstwa na zielonych światłach, a przede wszystkim zachwycał urodą. Po pięciu latach Golfa sprzedałem. Byłem głupcem, bo sprawował się bez zarzutu i nigdy nie zawiódł. I byłem zdrajcą, bo przyjaciela się nie sprzedaje. Był mi przyjacielem, bo wbrew opiniom o rzeczach, on miał duszę. Przyznaj, że w przedmiotach jest ich twórca, w niektórych jak np. obrazy Van Gogha jest cały On i jego brat Theo. Wiem, że wówczas Bóg odebrał mi rozum po to, bym teraz żałował. Czytając to pewnie w głębi się uśmiechasz, że przeżywam tak tylko auto. Sam się temu dziwię i tak żałuję.
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Pomeranka nr 4/43/2017
Nie wiemy jaki jest nasz wzrost
aż powstać trzeba będzie

A wtedy jak chce boski plan
sięgniemy głową nieba
wówczas droga której brak
stanie się codziennością

bo skarleliśmy z własnej woli
w obawie przed wielkością

Nie wiem czyje to są myśli, ale są piękne
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Pomeranka nr 3/42/2017
Śliwa (wspominam dzieciństwo)

Naprzeciw okna stała śliwa. Już jej nie ma. A wtedy nocami w blasku księżyca rysowała czerń swoich konturów i we dnie pyszniła się soczystością zieleni i pnia szarą krzepkością. Była naszą towarzyszką.

Siedząc na jej gałęziach i obserwując okolicę, opowiadaliśmy sobie świńskie, regulujące nasze szczenięce libido kawały i skakaliśmy z niej-kto niżej. Takie tam zawody…

Kiedyś, tuż obok ustawiono dziwoląga-maszynę kopiącą studnię. Pracowała ciężko, hałasem i spalinami wypełniając wokół.

Śliwa stała i była tego świadkiem.

Wtedy była płodna i pod ciężarem jej owoców ugięły się gałęzie. Spaliny barwiły je. Maszyna pracowała przez wiele dni.

A śliwa stała i była tego świadkiem.

Granat jej owoców to była już niemal kusząca czerń. Nasze dusze i ciała domagały się witamin i sięgnęliśmy po nie dłońmi naszymi umorusanymi. To nie Ewa nas kusiła. Skusił zły los i poraził, eliminując z podwórka nasze osobistości.

Sąsiedzi chyłkiem przemykali zszokowani panującą ciszą, kiedy stały element krajobrazu ulic i podwórka dogorywał w zaciszu domowych ścian. Zrozpaczone matki kurowały nas z miłością.

Powoli wracaliśmy do zdrowia. I w każdym z nas kłębiły się uczucia radości ze zdrowia, żalu do śliwy że nas nie ostrzegła i wiedzy posiadłej tak wcześnie, że nie wszystko złoto co się świeci.
W.S.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Pomeranka nr 2/41/2017
Rondo (Wspominam Macieja Płażyńskiego)

Wczoraj na Żabiance wjechałem na Rondo Marszałka Macieja Płażyńskiego.
Uderzył w klawisze i skowronki pod dachem wstrzymały swój lot.
Poczułem drżenie dźwięku ledwo, ledwo na twarzy.
Z wytwornych sal koncertowych świata, tu do Lublewa w zieleń wsi, jak co roku zjechał artysta wielki i uznany.
Siedzę tuż przy fortepianie. Wytężam słuch i ledwie, ledwie słyszę.
Gra tak delikatnie.
Za mną ze 300 osób jak ja zasłuchanych.
Za ich plecami już tylko wrota ujeżdżalni i od ich desek odbijają się Chopina nuty.
Wracają i kołują nad naszymi głowami. Z zaproszonych na Fermatę ważnych gości, ty jak zwykle nie zawiodłeś. Jesteś! Obok Ciebie siedzi maleńka żona.
Wczoraj na Żabiance wjechałem na Marszałka Macieja Płażyńskiego Rondo.
Biegłeś... nie, nie biegłeś... szedłeś Polankami, jak zawsze czarno, lekko ubrany.
Śnieg pod twoimi stopami i mróz ześlizgnął się z drzwi wprost do przedpokoju, kiedy szczęśliwy że jesteś, tu Cię przywitałem.
Siedzimy w fotelach i pijemy kawę, ja mówię o Fermaty potrzebach, a Ty uważnie słuchałeś i pomagałeś.
Wczoraj na Żabiance wjechałem na Marszałka Macieja Płażyńskiego Rondo.
Na skraju lasu, Polanek i Podhalańskiej, zbudowałeś piękny dom gniazdo – ostoję, do której wracałeś. Tuż obok, na oliwskim ryneczku, pod czerwonymi kasztanami kupowałeś czerwone jabłka. I wydawałeś mi się dziwnie, w świecie tym codziennym – zagubiony.
Już nie ma konia kamiennego łba, patrzącego na tłum brzęczący wokół straganów. Bywa na ryneczku twoja mała żona, tu i na poczcie czasem ją widuję. Kiedyś, gdy Cię znałem i spotykałem, stale towarzyszyła mi myśl o Twojej niezbędności i bezwzględnej spójności z Gdańskiem – od święta i codziennej w mediach – Twojej obecności.
Wczoraj na Żabiance wjechałem na Marszałka Macieja Płażyńskiego Rondo.
Z sześćdziesięciu dwóch moich dziesiątych kwietni, słonecznych i deszczowych, kwiecień tamten dziesiąty mocno zapamiętałem. Był słoneczny.


Fermata-Warsztaty Pianistyczne z udziałem sławnych muzyków odbywające się w gminie Kolbudy
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 1/40/2017
Maj

Często wspominam Stanisława, odznaczonego za Berlin i Lenino.
Pracował.
Wysuwał z ciężarówki i układał stosy płyt chodnikowych. Płyt było wiele, a ich wagę wskazywały napięte mięsnie jego ciała. Pracując, co raz obracał się w moją stronę, a z jego brwi odrywały się krople potu.
Obok, ze skórzanymi ochraniaczami na łokciach i kolanach, w delikatnej mgle spalin, pacami rozcierali asfalt, mały pan Jan i ciągle żartujący pan N.. Obaj mieszkali w sąsiednim domu.
Ich masywne, kwadratowe sylwetki czasem zaczerniły na tle błękitu nieba, gdy dumnie wyprostowani odpoczywali, paląc wkręcone w szklane lufki, tanie papierosy.
Przejeżdżały czerwone tramwaje i snopy iskier oślepiały tę wiosnę, bo to był tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy maj i zapach asfaltu mieszał się z bzem. A ich brygada, dzień po dniu, tkała nić drogową naszej pomorskiej krainy, teraz niczym krab posuwając się wzdłuż torowiska ulicy Wita Stwosza.
Paląc papierosy, mówili , o przecież niedalekiej przeszłości. Słuchałem ich, przejęty okropieństwem wojny i czułem ich radość z tej pracy i kieratu codzienności. Wreszcie mieli pewność dostatniego, pracowitego jutra.
Wcześniej była wojna i chęć przeżycia.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
 


Pomeranka nr 6/39/2016
Grudniowe wspomnienie.

Trzynastego grudnia 2013 roku z Leonardem byliśmy w Gdańsku. Europejskie Centrum Solidarności zorganizowało koncert, gdańska telewizja nagrywała. Koncert „Wasz Kaczmarski Autoportret artysty. Pamięci ofiar 1970 i 1981”.

Był tłum bardzo ważnych i mniej, gości. Była scena z telebimem i były dwie ruchome sceny.

Lubię dobrą muzykę i lubię się wzruszyć słowami. Do tego wystarczą mi uszy.

Wczoraj zabrałem ze sobą oczy. Feeria barw na telebimie i wokół, przepych miejsca. Podgolone, wyczubione głowy i kolorowe obszyte cekinami obcisłe sylwetki wykonawców, smukłe ciała tancerek zwisających na szarfach, wojenne barwy nagich torsów tancerzy.

Dźwięk, ruch, światło.

Ruchoma scena z Myslowitzem padła bokiem i och, co za ulga, przysłoniła telebim z czarnymi krukami. Był pop, rock, trochę bluesa. W sumie fajna muzyka.

Lubię Kasię Kowalczyk, Myslowitza i Maleńczuka lubię, kiedy śpiewa, nie kiedy macha szalem z rosyjskim napisem „Ukraina”.

Rozejrzałem się wokół i nastawiłem ucha. Może Cię dojrzę w tym bardzo ważnym gronie Jacku i usłyszę twoje posłanie.

Obok przeszli młodzi ludzie niosąc zapalone znicze w dłoniach, ku pamięci ofiar.

Wróciłem do domu. Zapaliłem świece z Rossmana, na gramofon założyłem czarną płytę. Na płycie On się kręcił w obtłuczonym na głowie stoczniowym kasku, w granatowej kufajce.

W półmroku słuchałem jego gitary i jego słów o wolności i nadziei.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 05/38/2016
Lśni w słońcu garb pokryty łuskami. Siedzimy na ławce obserwując karpia, a od Kafe Delfin dzieli nas staw przy parkowej bramie. Siedzimy: Gosia - moja siostra i ja. Przyjechała na 3 miesiące z Australii. Gosia ma marzenia. Jednym z nich jest właśnie ten coroczny tu pobyt. I czerpie garściami wrażenia. Wczoraj byliśmy w Żukowie. Na scenie przy jeziorku grali: Drive, Don Wasyl z Cyganami i Wilki. Różna muzyka jednako dobrze wnikała w tysięczny tłum i zbocze trawy.

Jutro pojedziemy do gdyńskiego klubu. Tam, jak co wtorek posłuchamy fajnie granego bluesa.

Pogoda zawsze jakoś sprzyja, tu zatoka chroni, chłodzi i kiedy trzeba ogrzewa. Gosia przede mną pedałuje, widzę jej plecy. Biegów nie zmieniamy, to komfort tej od Brzezna bez wzniesień alei. Dzień powszedni, spacerowiczów niewielu, a po chwili na piachu tylko my i obok kręcą się mewy. Odpoczywamy, Klif Orłowski za plecami i stare, potężne drzewa ciemno-zielą skraj plaży. Przed oczami woda zatoki rozbłyszczona, zaznaczona czernią, czerwienią i bielą żagli. Tuż przy brzegu gościu założył odblaskową kamizelkę i siedząc w zakotwiczonym, maleńkim pontonie, co rusz rzuca przynętę. Lekki wiatr nim obraca i wełni nam włosy. Biel piasku, wędkarza pochylone plecy i refleks słońca na wędzisku.

Impresjonisty obraz wisi na ścianie.

Kręci się Dolina Radości. Prowadzę ostrożnie. Dziury w zmurszałym asfalcie i rowerzyści w kaskach i bez, po lewej na stromiźnie wiekowe buki. W chwili kiedy wysiadamy z auta, bucha w nas tężyzna drzew. Tuż obok pan Ajkiel prowadzi restaurację rybną. Siadamy, po chwili jemy, patrząc na stare betonowe pulsujące pstrągami baseny.

Minął dobry czas i palimy dobro-potrawne kalorie, chodząc po oliwskim przy Dolinie Radości, lesie. Tu mieszkają ludzie? Piękny płot, na skoszonej trawie drzewa czerwienią jabłkami. Zadbany domek, obok gospodarczy. Frontem przy bramce tablica z mapą okolicy. Żwirowe świeżym żwirem krzyżują się tu leśne trotuary, i wokół stary las. Stoimy szczęśliwi pięknem tego miejsca - Gosia i ja.

Obraz impresjonisty wisi na ścianie.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 04/37/2016 - Było w Gdańsku magiczne miejsce i był magiczny człowiek.
Z Andrzejem zwanym kłótliwym i Elą wszedłem do siedziby Żaka. Tam, w knajpce na dole, na tle czarnej boazerii opierałeś się o czarno-woskowany bar. Wskazałeś mi kciukiem kufel pełen piwa. Ten kufel i byle jakie w nim piwo, to była proza tamtych lat. Lecz nie Ty. Mówiłeś i ja mówiłem, słuchałeś uważnie. Powiedziałem-maestro-słuchacze na górze zniecierpliwieni i scena całkiem już gotowa. Piętro wyżej otwarte drzwi. I na ławach, krzesłach i na podłodze my-wierni i oddani twojej muzyce. Spóźniłeś się, stąd gwizdy i buczenie. „Alem człowiek ja niewdzięczny, czyli doskonały”, twój głos i organów głos zabrzmiały, i głucha cisza zapadła na widowni. I świat nie był wcale taki szary. Były wtedy jak i teraz w Gdańsku ulice, co prowadziły i tramwaje co woziły w takie magiczne miejsca jak Żak. Wracałem z oliwskiego cmentarza, gdzie pożegnałem rodziców, jak co rok w Dzień Zaduszny. Wracałem zmarznięty. Zapadał zmierzch i szyby były szare.Rozgrzewając ciało gorącą herbatą patrzałem w telewizor. Tysiąc świec gorzało w studiu. Stąpałeś między nimi i twarz twoja w ich blasku jaśniała. Widziałem jak cień Bema załamał ręce na pancerzu i płonące pochodnie widziałem, i wiatr wzruszający proporce w świetle księżyca. Wpatrzony w ekran, słuchałem Cię i wspomniałem paskudne piwo wtedy w Żaku. I Twoją jasną twarz i szacunek jakim mnie obdarzyłeś. Był styczeń. Ze znajomymi wcisnąłem się w tłum. Kościół św. Trójcy pękał w szwach. Muzycy rozstawili sprzęt. Za mną zawarte wejście na chór. Pozornie zawarte, bo jestem po chwili na górze. Młode i stare głosy obijały mury kościoła, śpiewając twoje teksty i wniknęły w nasze dusze. I co z tego, że kilka dni temu zmarłeś. Jesteś jeszcze bliżej, jesteś wśród nas. Wtedy w siedemdziesiątym piątym, tramwaj przejechał obok Wałów Jagiellońskich i zatrzymał się naprzeciw Żaka. Auto zostawiłem obok kościoła w dwutysięcznym czwartym styczniu. Jutro usiądę przy komputerze i się z Tobą spotkam i pojutrze też. Każda chwila z Tobą, to chwila zadumy nad światem, który minął, lecz Twój głos za każdym razem sprawia, że świat ten nadal trwa…..
Witold Susko
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 03/36/2016 - Katedra w Kwidzynie, jedyna w swoim rodzaju...
Pomorze dla wielu najlepsze do codziennego życia, dla innych najlepsze na dłuższe bądź krótsze urlopy, to też miejsce, gdzie żyją arcyciekawi ludzie. Jednego z nich prezentujemy poniżej, bo choć z racji wieku powinien oddawać się błogiemu lenistwu, dalej pracuje m.in. w sławnym, gdańskim „Domu Zarazy” wystawiając monodramy. Aktor Ryszard Jaśniewicz w 2010 roku wspominał, posłuchajcie.

Czas jest po to, aby coś robić! Ja mam na wszystko czas. Śpię osiem, dziewięć, dziesięć godzin. Nie jestem człowiekiem, który kalkuluje. Moje serce jest moim aktorem, a życie radością nieskończoną. Było dwóch na Litwie ludzi wielkiej miary; pan Jaśniewicz Ryszard i Mickiewicz stary. Na korytarzu wiszą medale, które mi kiedyś przypinano. Nie przywiązuję do nich wagi. Rolą aktora jest grać, nie bawić się polityką! Dumny jestem z nagrody „Malinowego Drzewa” i „Orderu Błota” za to, że moim zdaniem błoto też ma prawo żyć. Dla mnie najistotniejsze jest to co teraz robię i co będę robił, bo życie jest ciągłym tworzeniem i trzeba tak żyć jakby jutro nie było dnia. Moją miłością jest teatr, poezja, kobiety i sport, a bohaterami moi rodzice. Honorem żołnierza jest walczyć, ale i uciec z niewoli. Jestem rozdarty między wschodem i zachodem. Na wschodzie się urodziłem, w Poznaniu skąd pochodził mój ojciec, uczyłem. Urodziłem się w Nowogródku. Byłem taki złoty i jasny, więc przywłaszczali mnie Niemcy i Ruscy! Ci pierwsi zawieźli mnie do Hitlera, ci drudzy do Stalina, któremu recytowałem wiersze. W 1945 roku z mamą i siostrą wróciliśmy do Polski. Ojciec przypadkiem znalazł się u Świerczewskiego i w Berlinie z nogą na orle niemieckim pozował do zdjęcia. W Wolsztynie koło Poznania, gdzie zamieszkaliśmy, bodajże w trzeciej klasie chyba z okazji Rewolucji Październikowej, w jakimś kinie kazali mi mówić wiersz. Pękła tam lampa, taki miałem głos! Potem w Poznaniu ojciec pracował jako inżynier mierniczy, ja chodziłem do sławnego „Marcinka”, cudownej szkoły i były randki „miłostki”, chodzenie do Opery Poznańskiej. Była grupa poetycka „Wierzbak”, w której uczestniczyłem. Tam przeżyłem wydarzenia poznańskie, wtedy zginął mój kolega. Postanowiłem pójść do szkoły teatralnej w Krakowie, ale mnie nie przyjęli twierdząc, że jestem za młody. Pamiętam jak w 1956 roku byłem w Gdańsku na 1-szym jazzowym festiwalu organizowanym przez Tyrmanda (tego od „Złego). Jazz wychodził z podziemia, a ja polubiłem wtedy Gdańsk bardzo. Potem przyjechałem tu dla teatru. Wspaniałego teatru-Miniatura. Tu był Ali Bunsch (ten z rodziny piszącej) i Natalia Gołębska. Jakiż piękny teatr oni tworzyli. Grałem wtedy w „Zaklętej Królewiance” Lecha Bądkowskiego. Ja tu się zakochałem w Zosi Miklińskiej, mojej przyszłej żonie. Bez miłości życie nie ma sensu.                            Popatrz na tę śliwę za oknem.                            Jestem w Krakowie i studiuję. Moim profesorem jest Zygmunt Hubner i wspaniały Jerzy Jarocki i miłość wszystkich studentów Wiesław Górecki- na egzaminach płakał jeśli czegoś nie umiałeś. Była piwnica „Pod Baranami”, której nigdy nie zapomnę! Potem by Wrocław, a w nim Pyrkosz, Kotys, Lutosławska, Skuszanka i Krasowski. Zacząłem pracować podwójnie, bo i w ruchu amatorskim. W tym czasie w Zielonej Górze działała Maria Staszewska, z Jerzym Hoffmanem robiła tam znakomite przedstawienia. Zaproponowała mi pracę i grałem role związane z siłą mego głosu i inne amanckie m.in. w „Mniszkach” i „Don Juanie”. Te trzy lata zabrały z mego serca różne jego części.               Popatrz na tę śliwę za oknem!

Pamiętam, że Zielona Góra stała się swoistą odskocznią. Tu uprawiałem boks, lekką atletykę, chodziłem na żużel. No i ta wspaniała „Palmiarnia”, gdzie się popijało. Zadzwonił Marek Okopiński z Gdańska, a tu była moja miłość i przyszedłem do Teatru Wybrzeże w 1971 roku. Byłem tu szczęśliwy, było tworzenie. W Wybrzeżu grałem w „Odprawie Posłów Greckich”, Pankracego w „Nieboskiej Komedii” Krasińskiego. Wtedy jak i zawsze walczyłem o „prawa i sprawiedliwość” i wiedziałem, że jestem silniejszy od większości moich kolegów, więc taką rolę przystoi mi grać. Więc pewnego razu powiedziano mi, że jestem zbyt zdolny, aby tu pozostać. Ale, że naruszono kodeks pracy finałem sprawy były słowa dyrektora „panie Ryszardzie, pan chce nas zostawić?”. I zostałem. W tym czasie z Zosią Mayer tworzyłem „Teatr Mały”, graliśmy m.in. „Tygrysa” Schizgala. Jednak Wybrzeże to był wspaniały teatr, a w nim wspaniali ludzie; Halina Winiarska, Kiszkis, Stanisław Michalski, Bogusława Czosnowska, Stanisław Hebanowski, Jadzia Pożakowska. Były lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych i był spektakl „Samuel Zborowski” w którym grałem. Zaproponowałem „Mniszki” Arabala i to był wystrzał, przedstawienie roku 1983. I znowu nowa rola, propozycja reżyserii w Słupsku. Zawsze byłem samotnym białym żaglem w teatrze. Układ w Słupsku się rozwalił, przypomniano sobie o mnie i zostałem tam dyrektorem artystycznym. Były pozytywne recenzje, nagrody i trwało to dobre pięć lat (1983-1988). Minister Kultury powołał mnie na stanowisko z-cy kierownika Centrum Edukacji Teatralnej w Gdańsku, instytucji o zasięgu ogólnokrajowym. To była znakomita sprawa. Nawiązaliśmy wtedy współpracę z Francją, która potem tę ideę rozwinęła. Tam pojechaliśmy z „Krzesłami” Ionesco. Ja reżyserowałem, zachwyciliśmy ich. Był teatr Miejski w Gdyni i moja rola Bladaczki w Gombrowiczu (od pani Cegielskiej za rolę tę dostałem nagrodę). Wtedy dyrektorem Miejskiego był Krzysztof Wójcicki. Wspominam i „Zemstę” i „Ferdyrurkę”. To były lata 1993-1995. Wykładałem w Szkole muzycznej we Wrzeszczu i pracuję tam dalej. Młodzież to także teatr „Gong” na Morenie i radość i przyjemność tej pracy. !999 rok to tworzenie „Teatru Polskiego 6”, scena m.in. w Sopocie i wyjazdy za granicę. Serce moje powiedziało dość i znalazłem się w 2007 roku wśród wspaniałych ludzi, tym razem lekarzy w Akademii Medycznej w Gdańsku. Jako szczęściarz Antoni Ryś zostawiłem ich i czerpiąc siłę z poezji wzmacniającej moje wnętrze, z radości życia danego mi przez nich, wróciłem do żywych. I do ukochanej starej Oliwy, gdzie znalazłem Dom Zarazy, a w nim scenę dla moich monodramów, kompozycji wielkich monologów (Kordiana, Don Juana, Samuela Zborowskiego), wierszy Jesienina i innych. Wkrótce będzie „Ja Lir” tragedia ojca narkomanki, pracuję nad tym. Teraz walczę o „Godność Starego Pierdoły”. Jest to stowarzyszenie, które powołałem i stanąłem na jego czele jako jedyny członek. Mam nadzieję, że wkrótce jego szeregi zasilą tysiące, tysiące, tysiące.                               Popatrz na tę śliwę za oknem.


Do tej pory spotykam się z nim na gdańskim Manhattanie. Pijemy kawę i rozmawiamy i jest to dla mnie zawsze uczta duchowa. W 2015 roku na spotkaniu poświęconym „Tym, którzy historię Polski tworzyli” zaprezentował widowni mój tekst o Marszałku Macieju Płażyńskim. Ryszarda widuję nadal w Domu Zarazy, gdzie tworzy, dając radość jego stałym bywalcom. Ilekroć patrzę z jakiegokolwiek okna i widzę za nim śliwę przypominam sobie tamten dzień, gdy zwierzał mi się ze swojego życia. Bo było to zarazem spotkanie ze sztuką.
Witold Susko
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 02/35/2016 - Katedra w Oliwie
W Oliwie mieszkałem wiele lat i w katedrze byłem nie raz, nie dwa, byłem z tysiąc razy. Na mszach słuchając słów kapłana. I podczas koncertów zachwycając się jak wszyscy, organów mocą i barwą ich dźwięków. Podczas niedzielnych spacerów tu w spokoju kościelnego wnętrza, odnajdywałem swój spokój. Rodzina z głębi kraju i znajomi goszcząc w moim domu z bedekerem w dłoni poznawanie gdańskich zabytków zwykle od katedry rozpoczynali, zachwycając się ładem i harmonią jej architektury i zgromadzonymi tu dziełami rąk artystów-rzemieślników. I my teraz idąc za przewodnikiem posłuchajmy!

Książę Sambor I panujący w XII wieku na Pomorzu darował Oliwę cystersom. Darował aktem bardzo praktycznym i roztropnym, gdyż mnisi głosząc słowo boże zarazem byli dobrymi rolnikami, ogrodnikami, karczownikami lasów, cieślami, itp. Oprócz rzemiosł pielęgnowali sztuki piękne, zwłaszcza muzykę i popularyzowali w Europie styl gotycki.. Praca była u nich na równi z modlitwą i śpiewaniem hymnów. I pobudowali tę świątynię, przed której wyniosłym, wąskim frontonem okolonym dwiema surowymi basztami teraz stoimy. Surowość frontonu łagodzi wsparty na czterech kolumnach z piaskowca piękny portal, jakby uśmiech baroku. Przechodzimy próg, schodząc w dół po stopniach, bo gmach osiada w ziemi, najlepsze świadectwo jego wiekowej dawności. Kościół jest trzynawowy, bazylikowy z obejściem chóru. Ma rzut łacińskiego krzyża, ale ze stosunkowo krótkimi ramionami. Większa cześć nawy głównej, obie nawy poprzeczne, cześć prezbiterium, południowa nawa boczna, są resztkami budowli z XII wieku. Całkowite przebudowanie w stylu gotyckim nastąpiło po roku 1350 i ostateczne uzupełnienie wewnętrzne urządzono po zniszczeniach w roku 1577. Wcześniejszą polichromię i freski zamalowano wapnem w 1833 roku.
Zatrzymujemy się przed pod chórem mając w perspektywie całą nawę główną, nasz wzrok mknie coraz dalej i gubi się gdzieś w półmroku prezbiterium. Szlachetnymi liniami gwiaździste, gotyckie sklepienie spływa w dół, opierając się na konsolach zdobnych herbami opatów. Szereg filarów po obu stronach zamyka nawę główną. Od progu aż do ściany za wielkim ołtarzem długość kościoła wynosi dziewięćdziesiąt osiem metrów. Wysokość nawy środkowej to dziewiętnaście, a szerokość osiem i pół metra. Kończy się ona długim i wąskim prezbiterium. Katedra jest najdawniejszym zabytkiem Wybrzeża od Odry po Wisłę. Stoimy i nad głowami mamy główny chór ze sławnymi organami. Dzieło to organmistrz Jan Wulf rozpoczął w 1748 roku i po dwudziestu pięciu latach skończył, jako brat wstępując do cystersów i przybierając imię Michała. Po śmierci Wulfa ostatecznie wykończył je Andrzej Delic. W latach 1834 i 1837 były pierwsze większe remonty, potem gruntowne przebudowy. Była II wojna światowa i szereg zniszczeń. W 1947 roku dokonano ich naprawy tak, że całość z małymi brakami do dziś działa, wywołując każdorazowo u słuchaczy, podziw dla ich piękna i wzruszenie majestatem cudownego brzmienia. Idąc w głąb, zatrzymujemy się po prawej, przy większej kaplicy. Dzieli ją od nas pięknie kuta, żelazna brama. Za czasów zakonu starzy i chorzy mnisi, tutaj słuchali mszy świętej, gdyż posiadała wtedy i teraz łatwe połączenie z kościołem.
Wracamy, w poprzek przecinając nawę główną. Stajemy przed pomnikiem rodziny Kossów- dobrodziejów kościoła. Na podstawie wspartej na kolumnach klęczą: Mikołaj Koss, jego żona Justyna, syn Andrzej i maleństwo Janek, sandałek spada mu z nóżki. Dalej i wyżej to opat, który przybył na wizytację z Pelplina, zmarł w Oliwie i tutaj został pochowany. Jego płyta nagrobna znajduje się w nawie głównej między rzędami ławek. Mały Janek Koss jest właśnie tym przyszłym opatem. Od tego pomnika kierujemy się wzdłuż nawy lewej bocznej i rozpoczynamy zwiedzanie ołtarzy, których katedra posiada dwadzieścia pięć , prawie wszystkie są marmurowe z alabastrowymi ozdobami. I co krok napotykamy się na herb: ułamek obwodu koła z paroma szprychami. Historia herbu mówi, iż jeden z przodków rodziny szlacheckiej Konarskich, bo to jest ich herb, został skazany za przestępstwo zdrady stanu na karę śmierci przez łamanie na kole, został ułaskawiony przez króla pod warunkiem, że części koła weźmie, jako swe godło herbowe. Aż stanęliśmy przed ołtarzem głównym. To dzieło opata Michała Antoniego Hackiego z roku 1688. Czternaście kolumn z czarnego marmuru siedem i pół metra wysokości i każda zakończona korynckimi kapitelami zdobi nadstawę ołtarza.
Obraz ołtarza przedstawia Matkę Boską i św. Bernarda, unoszących się w obłokach, poniżej i w dali widok dawnego kościoła i klasztoru wśród klęczących mnichów; pierwszy z lewej strony- opat Hacki. Jest to dzieło mistrza Andrzeja Stecha, Gdańszczanina z końca XVIII wieku. Estetyczne tabernakulum i zabytkowy krzyż ołtarzowy uzupełniają majestatyczną całość. Nad kolumnadą unosi się śnieżnobiała gloria niebieska. Ze stiukowych obłoków wyłaniają się główki aniołków i świętych adorujących Trójcę Najświętszą, bo witraż tę właśnie tajemnicą przedstawiał. Witraż zdjęto w czasie ostatniej wojny, miejsce zaś jego zamurowano, co tworzy obecnie nieestetyczną plamę. Po bokach stiukowego nieba widnieją krawędzie bogatej kotary, którą podtrzymują aniołki. Myślą twórcy było odsłonięcie jak gdyby i pokazanie oczom ludzkim misterium nieba. Prawdziwą ozdobą prezbiterium są piękne dębowe stalle z roku 1599, stoją po bokach ołtarza i składają się z dwóch kondygnacji. Jest to piękna robota rzeźbiarska; słupki, pilastry, kolumienki, oparcia, fryz baldachimu ciągnący się wzdłuż stall jest w każdym szczególe rzeźbiony, zdobiony obeliskami, tarczami etc.. Przed stallami, na środku prezbiterium masywna płyta nagrobna przykrywa wejście do krypty, w której spoczywają mnisi z XVII wieku. Na ścianach znajdują się portrety; Książąt Piastowskich Pomorskich, którzy fundowali kościół i klasztor i byli dobrodziejami i protektorami aż do wymarcia w 1295 roku. Nad nimi znajduje się portret króla Stefana Batorego, który z uzyskanych sum od Gdańszczan, w wysokości 20 000 talarów w 1577 roku odrestaurował kościół. Pod portretami obraz przedstawia chrzest Subisława i budowę klasztoru przez zakonników. Z lewej strony tego obrazu widnieje tablica ku czci księcia Świętopełka z wyszczególnieniem jego zasług. Tablica zaś z prawej strony wylicza zasługi wszystkich fundatorów opactwa z rodziny Książąt Pomorskich. Niżej umieszczony obraz przedstawia napad Prusaków na klasztor w roku 1224. Z lewej jego strony widnieje tablica z wykazem ośmiu głównych napadów i zniszczeń kościoła i klasztoru, a z prawej tablica pochwalna na część króla Kazimierza Jagiellończyka. Całość wyposażenia prezbiterium zawarłaby się w opasłej książce, więc na tym opis tego miejsca zakończymy. Spoglądamy w prawo na niepozorne drzwi. Łączą one poprzez krużganek, klasztor ze świątynią i z tamtej strony zdobi je przepiękny barokowy portal z czarnego marmuru i alabastru z roku 1660, dzieło opata Kęsowskiego, z jego herbem na tarczy-różą. Obok portalu widnieje czarna marmurowa tablica w alabastrowym obramowaniu. Jest ona w miejscu, gdzie nastąpiła wymiana dokumentów po podpisaniu pokoju między Polską a Szwecją. Łaciński napis głosi „Na większą chwałę Bożą zawarto pokój trwały między państwem polskim i tegoż sprzymierzeńcami, Świętym Cesarskim Majestatem i dostojnym Elektorem Brandenburskim z jednej strony, z państwem szwedzkim z drugiej za pośrednictwem posła bardzo chrześcijańskiego króla w czasie, gdy rządy nad Kościołem sprawował Kazimierz IV, w Oliwie oto zawarto pokój przy prześwietnych rządach Aleksandra Kęsowskiego dnia 3 maja, mianowicie w dzień świętego papieża Aleksandra w roku, w którym teraz pokój panuje”. Wychodzimy z kościoła. Wokół nas ulice i domy Oliwy, jej piękny park i zieleń lasów wzgórz morenowych nad naszymi głowami.
W.S.
Źródło: http://www.dawnaoliwa.pl/biblioteczka/1947_mirynowski.html
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -



Pomeranka nr 01/34/2016
Pomorze to krainy o powierzchni 18,293 km kw. stanowiące 5,9 % obszaru Polski. Mieszka tu ponad 3 mln. osób. Linia brzegowa morza liczy 316 km ( w tym Półwysep Helski 71 km) co stanowi ponad 60% linii brzegu morskiego kraju. Pomorze należy do najbardziej zróżnicowanych przyrodniczo i krajobrazowo regionów Polski. Charakteryzuje się bardzo urozmaiconą rzeźbą terenu i dużymi różnicami jego wysokości. Należy do najbardziej zalesionych (3 miejsce w kraju), lasy pokrywają ok. 37% jego powierzchni. Największe zwarte kompleksy znajdują się w zachodniej części, wśród nich Bory Tucholskie – jeden z większych kompleksów leśnych w Europie. Jest w nim 450 jezior o pow. większej niż 1 ha.. Obszar Województwa Pomorskiego stanowi część dorzeczy Wisły, rzek i fragmentarycznie Odry. Położenie nadmorskie, duża ilość jezior i lasów, przyrodnicze obszary chronione oraz dziedzictwo przyrodniczo-kulturalne to powody, dla których warto spędzić tu chwil kilka. Warto zaplanować sobie aktywny, tematyczny wypoczynek-wędrówkę którymś z niżej opisanych skrótowo szlaków.:
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Pomeranka nr 4/33/2015
Rozwój-słowo, które na ogół dobrze się kojarzy. Ekorozwój też, bo określa prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej w harmonii z przyrodą tak, aby nie powodować w przyrodzie niekorzystnych zmian. Oznacza też rozwój społeczeństwa i gospodarki w harmonii ze środowiskiem przyrodniczym, lokalnym i szerszym oraz nadrzędność wymogów ekologicznych, których nie wolno zakłócać przez wzrost cywilizacji. Albert Einstein powiedział słynne zdanie „że kiedy umrą pszczoły ludzkość umrze po pięciu latach”. Chińczycy mówią „jeśli myślisz rok naprzód-sadź ryż, jeśli myślisz dziesięć lat naprzód-sadź drzewo, lecz jeśli myślisz sto lat naprzód-ucz ludzi”. Nieznany autor stwierdził „pokoju na ziemi nie osiągniemy bez pokoju z przyrodą”. Ekorozwój i powyższe cytaty określają konieczne zachowania współczesnego człowieka. Walory turystyczne miast i gmin Pomorza, przyjaznego mieszkańcom i turystą są na wyciągnięcie ręki dzięki działaniom m.in. burmistrzów i wójtów, którzy wykorzystując środki własne i unijne, dokonują na swoim terenie wiele inwestycji z szeroko pojętej ekologii, uporządkowują gospodarkę wodno-ściekową, wykorzystują źródła energii naturalnej budując bądź współuczestnicząc w budowie elektrowni wodnych, wiatrowych itp., oraz organizują akcje typu „drzewko za makulaturę”, zbiórki elektro-śmieci i innych odpadów, łożą środki na edukację ekologiczną współpracując ściśle z organizacjami rządowymi i mieszkańcami.




- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Pomeranka nr 3/32/2015
Pomorskie smaki. Tradycje kulinarne są ważną częścią dziedzictwa kulturowego Pomorza i ważnym elementem tożsamości społeczności lokalnej. Mieszkańcy mogą się pochwalić bogactwem żywności tradycyjnej wytwarzanej od pokoleń tu na miejscu. Lokalne i regionalne produkty żywnościowe z Kaszub, Kociewia, Żuław i Powiśla, borów Tucholskich czy ziemi słowińskiej cieszą się uznaniem i coraz większym zainteresowaniem konsumentów. Ta tradycyjna żywność, produkowana w niewielkich gospodarstwach rolnych na bazie surowców, które od wieków kształtowały się w określonych warunkach, stanowi alternatywę dla wyrobów przemysłowych. Ich wysoka jakość oraz wyjątkowość wynikają ze stosowania tradycyjnych metod produkcji. Jarmark Dominikański co roku jest w Gdańsku i zawsze jest okazją do prezentacji tych kulinarnych tradycji. W 2014 roku byłem na nim i oglądałem straganowe oferty. Pochylałem się nad rozmaitymi starociami, czasem coś kupiłem. Na ulicy Świętego Ducha przysiadłem na ławeczce i byłem świadkiem misterium przygotowywania wyjątkowych potraw. Na podwyższeniu z telebimem za plecami, Hanna Zych-Cisoń wicemarszałek Pomorza gotowała z Maliką, znaną gdańską restauratorką. Wokół tłum i co chwilę odbywała się degustacja. W jej trakcie zwracano uwagę obecnych na historię i tradycję serwowanych potraw. Udało mi się spróbować oryginalnej borowikowej z pasternakiem, zupki przygotowanej przez panie. I powędrowałem dalej wśród gęstych stoisk. W słońcu grzały się oleje lniane tłoczone na zimno, miody naturalne i wędliny wędzone tradycyjnie. Serwowano piwo z małych browarów. Co rusz trafiałem na torby skórzane ręcznie malowane i odzież z naturalnego lnu (kiedyś polski len był potęgą światową). Ta odzież była też ręcznie farbowana. Jak co roku wystawiano bursztynowo srebrną biżuterię. Były piękne i mniej portrety Gdańska też ręcznie malowane. Było gwarno, słonecznie i tłumnie i miasto tętniło życiem. Minął rok i w scenerii parku oliwskiego i pobliskiej katedry smaki Kaszub, Kociewia, Żuław i Powiśla znów łechtały podniebienia przybyłych z zewsząd gości. Wyłoniono spośród wszystkich najlepsze smaki-perliczki nadziewanej kaszą gryczaną i grzybami, polędwiczki wędzonej kociewskiej i konfitury borówkowej. A ich twórców uhonorowano Bursztynowymi Laurami Marszałka Województwa Pomorskiego. Nastał 2016 rok. Następny i dobry do pielęgnowania i kultywowania pomorskich tradycji.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -